niedziela, 3 czerwca 2012

Ozoo


Och, jaką mieliśmy udaną niedzielę! I to na dodatek wcale nie leniwą! Clara zaplanowała spacer na wzgórze Ozoo, oprócz nas poszli Orio, Maurice i Bolingo. Pogoda była idealna, bo niebo pokrywały chmury, ale przez cały czas nie spadła ani kropla deszczu. Dystans nie był też tak duży, jak na Manziriko i nie wróciliśmy tak totalnie wykończeni jak poprzednio. Również wspinanie się na górę było mniej uciążliwe, bo byłą tam ścieżka i nie trzeba się było przedzierać przez chaszcze. Oczywiście widoki były oszałamiające, w ogóle tego nie widać na zdjęciach. W przeciwieństwie do Manziriko, gdzie wszystko było czerwono- pomarańczowe, tutaj krajobraz był bardzo zielony z wyrastającymi raz po raz „domami” termitów, wysokości człowieka czasami. Dani chyba też ma dur, bo źle się czuł przez cały spacer, ale dzielnie dotrwał do końca. Wieczorem co prawda padł jak zabity z wielkim bólem brzucha…My natomiast z Mary przygotowałyśmy pyszną kolację: ziemniaczane kotlety, pesto i omlet z pomidorami i papryką.




sobota, 2 czerwca 2012

Ariwara- tydzień trzeci


Ten tydzień upłynął pod znakiem chorowania:) Po kolei każda z sióstr(dosłownie) byłą chora: zaczęło się od Christiny, która miała grypę, potem Kabagambe miała malarię, Claudine musiała brać kroplówki z chininą, potem wzięło Emerance i Clementine na ból głowy, ale pewnie rozwiną też malarię, a na koniec Suzana zjadła coś niestrawnego i dwa dni leżała w łóżku z bólem brzucha. Ja natomiast we wtorek dziwnie słabo się poczułam, miałam też powtórzyć test na malarię, więc na dodatek poprosiłam o test  na fievre typhoide, który okazał się pozytywny. Mamy tutaj dużo niejasności związanych z tą chorobą: z jednej strony fievre typhoide tłumaczy się w literaturze jako dur brzuszny, przebiegający z gorączką, wysypką na klatce piersiowej, na który na dodatek jestem zaszczepiona- więc to chyba mało prawdopodobne, że go mam. Chodzą też tutaj plotki, że mianem typhoid określa się dur brzuszny, a fievre typhoide to lekka choroba z bólem brzucha. A może jest zupełnie odwrotnie. Szukałam dzisiaj jakiś informacji na ten temat w internecie, ale nie znalazłam żadnych wyjaśniających informacji. Jedno jest pewne: biorę antybiotyk i nie mam żadnych dolegliwości, więc pewnie to działa. Tak że we wtorek i środę nie chodziłam do szpitala.
Ale wracając do początku: w poniedziałek mieliśmy miły, ale krótki poranek, gdyż zdecydowaliśmy się pojechać wcześniej na stację autobusową, żeby znowu nie odjechał nam za wcześnie. Tutaj oczywiście nie ma żadnego rozkładu jazdy i autobus czasem jest o 12, czasem o 11:20, w sumie nikt nie wie kiedy się zjawi… Wykorzystują to lokalni taksówkarze, za każdym razem gdy tam jesteśmy wciskając nam, że autobus już pojechał i że teraz możemy się dostać do Ariwara tylko na motorze. Tym razem również się do nas przyczepił, ale najlepsze było to, że wiedzieliśmy, że autobus jeszcze nie pojechał i Dani mu to powiedział, a on na to, że to prawda, ale musi nas trochę pomęczyć (czyt. skłamać!).Bolingo znowu nas zawiózł na stację, na której ku naszemu zdziwieniu spotkaliśmy Christinę i Suzanę. Przyjechały razem, bo zmarł ktoś z rodziny Christiny i Suzana jej towarzyszyła, a teraz wracała z nami. W Ariwara spotkaliśmy trzy siostry Kathy, Josephine i Janine, które przyjechały na trzydniowe modlitwy do Ducha Św. To było niesamowite: przez trzy dni nie ustawały śpiewy w kościele. Na początku było to nawet całkiem zajmujące, ale już we wtorek po południu miałam dość. W środę wreszcie zapanowała błoga cisza, a siostry wróciły do Aru. Została tylko Josephine, która w czwartek miała operację w tutejszym szpitalu. Wolne popołudnia spędzałam tradycyjnie na sprzątaniu, praniu, skończyłam czytać książkę po angielsku. We wtorek dzwoniliśmy do Vale bo miała 30.urodziny: tak dobrze było ją usłyszeć! W piątek gotowałam razem z Suzaną kolację: rewelacyjne ziemniaki z pomidorami i zupę, trochę było ciężko, bo Suzana jest czasem bardzo chaotyczna. Niby chce, żebym jej pomogła, a potem połowę pracy robi za mnie, pokazując mi jak mam coś zrobić, więc nie wiem czy to dobra pomoc. Ale mimo wszystko fajnie było się trochę pokręcić w kuchni. W szpitalu niezmiennie dobrze, w tym tygodniu żadne dziecko nam nie zmarło, mimo, że mieliśmy ciężkie przypadki anemii. Wszystko było pięknie dopięte na ostatni guzik, bo mieliśmy mniej dzieci i można się było nimi bardziej dokładnie zająć. W sobotę jak zwykle skończyłam wcześniej, bo o 13 byliśmy umówieni z s.Carmelą, że wracamy. Przyjechała tu samochodem, żeby towarzyszyć Josephinie po operacji i w sobotę wracaliśmy razem. Siostry, jakby coś przeczuwając, były bardzo rozczarowane, że nie zostajemy na obiedzie, ale my już chcieliśmy jechać, a tak wyjechalibyśmy z godzinę później, znając tutejsze realia. Po około 30 minutach jazdy zgasł nam samochód i nie mogliśmy go ponownie zapalić: rozładował się nam akumulator. Najpierw więc próbowaliśmy go pchać, ale w końcu przejeżdżał jakiś samochód, zatrzymał się i podładował nam akumulator(dzięki Bogu, że mieliśmy te kable!). Myśleliśmy, że to koniec kłopotów, ale nie: za jakieś kolejne 30 minut z rury wydechowej i spod maski zaczął się wydobywać czarny dym i w końcu samochód znowu się zatrzymał. Tym razem nie było szans na jego ponowne zapalenie. Znowu zatrzymał się jakiś samochód, z mechanikiem w środku, ku naszemu zdziwienie, który zapewnił nas, że spaliliśmy silnik i teraz to tylko holowanie. Na szczęście byliśmy już bliżej Aru niż Ariwara i zadzwoniliśmy po Clarę, żeby po nas przyjechała. Czekaliśmy z jakąś godzinę, a że nie było słońca, ja oczywiście trzęsłam się z zimna:) Holowanie przebiegło bez żadnych problemów, jechaliśmy z prędkością ok 30km/h. Gdy wreszcie dotarliśmy do Aru było koło 17 i jedyne na co miałam ochotę to gorąca herbata. Potem zjawiła się Mary, Enzo, z Danim pochłonęliśmy pozostałości z obiadu, deser składający się z herbatników z masłem orzechowym, przy stole panowała wspaniała atmosfera  radości, że znowu jesteśmy razem. Rodzice Mary przysłali list z nowymi filmami, które z entuzjazmem podziwialiśmy, na mnie czekał list od Babci i Cioci. Wzięłam gorący prysznic(nie wiem czy pisałam, że odkryliśmy z Danim wspaniały wynalazek turystycznych pryszniców; to wielki czarny worek z rurką, do którego można wlać ciepłą wodę i zrobić prawdziwy ciepły prysznic!) i przyszli nasi znajomi, bo Bolingo miał pierwsze w drugiej kadencji przemówienie prezydenckie. Potem z Mary relaksowałyśmy się z książką na naszych sofach, podczas gdy chłopaki przygotowywali na kolację risotto. Potem zrobiliśmy sobie seans filmowy „Zoolandera”, kultowego jak się okazuje filmu, którego tylko ja nie widziałam. 

niedziela, 27 maja 2012

Piec

Z powodu braku gazu, dzisiejszy dzień skupił się wokół pieca Maman Maria. Najpierw chłopaki mieli duże problemy, żeby go rozpalić, bo cały dym zamiast wychodzić przez komin, zostawał w kuchni. Trzeba więc było go oczyścić, potem znaleźliśmy dziurę w kominie, którą Dani zalepił mieszaniną fufu z popiołem:) Efekt był zadowalający, piec działał. Zaczęliśmy od przygotowania chleba- takiego, jaki robią siostry w Ariwara. Zajęło nam to strasznie dużo czasu, bo on trzy razy wyrasta: najpierw same drożdże z cukrem i wodą, potem samo ciasto, potem uformowany chleb. Ciasto wyrosło tak duże, że wylewało się poza blaszkę. Potem pięknie się piekło, chleb wyszedł taki jak w piekarni. W międzyczasie pojechaliśmy na obiad do sióstr, który tym razem był wyjątkowo dobry: pyszne mięciutkie mięsko, makaron z sosem pomidorowym i bardzo trudna tutaj dostępna sałata, krucha, zielona sałata z oliwą, ach…Na deser jedliśmy gujawy(nic szczególnego) i boskie lody awokado, przygotowane przez Clarę. Po południu trochę drzemaliśmy, Enzo i Clara znowu gdzieś wybyli, Dani miał rozsadzającą energię, żeby oczyścić bananowce, palenisko i jeszcze nie wiem co tam- my z Mary leniuchowałyśmy na całego, miałyśmy straszny ubaw oglądając „Air Force One”, już zapomniałam jaki to dobry film. Na dodatek oglądanie go z Amerykanką to inna historia, ona naprawdę jest tak typowo amerykańska, potwierdza wszystkie akcje w tym filmie, och ciężko to wytłumaczyć. Ale to straszna frajda. Przy okazji(bo cały film jest skoncentrowany na prezydencie, jak pamiętacie)Mary mi powiedziała, że jej siostra uczy w tej samej szkole, do której chodzą dzieci Obamy. Podobno jest niezła akcja, jak Obama przyjeżdża na koncert albo przedstawienie córek:) Po adoracji, wow, aż nie mogłyśmy uwierzyć, chłopaki ofiarnie wzięli się za przygotowywanie kolacji na piecu, a my kończyłyśmy film: idealny podział obowiązków, nieprawdaż? Wieczorem natomiast Dani i Enzo znowu grali w LittleFighter’a, a my w Mexican Train i Seta.

sobota, 26 maja 2012

Ariwara- tydzień drugi

Równie udany jak pierwszy. W szpitalu nadal mnóstwo pracy, doszliśmy do maksymalnej liczby 48 dzieciaków na oddziale. Co prawda „na oddziale” oznacza, że zajęliśmy jedno skrzydło interny, kilka łóżek na położnictwie i parę pokoi prywatnych. Jednym słowem trzeba biegać po całym szpitalu. Justin tym razem miał zmianę nocną, więc pracowałam z zupełnie nowymi pielęgniarzami, ale wszyscy okazali się bardzo sympatyczni. „Najlepszy” dzień mieliśmy chyba we wtorek, gdy okazało się, że mamy do przygotowania 20 kroplówek z chininą, istny szał. Znowu zmarło nam kilka dzieci z powodu anemii, nie wiem może to wina transfuzji- nie jesteśmy w stanie przebadać wszystkich antygenów i pewnie zdarzają się nam reakcje poprzetoczeniowe, ale te natychmiastowe. Więc umierają nam dzieci, które są w ciężkim stanie przed transfuzją, jak i te, które mają się całkiem dobrze, przynajmniej ja bym się nie spodziewała, że mogą umrzeć. Miałam dwa obchody z dr Pascalem, który jednak okazuje się być najmniej sympatyczny z tutejszych lekarzy. Najbardziej mnie wkurza jego zero zrozumienia dla mojego francuskiego, mruczy coś pod nosem i myśli, że ja to zrozumiem…
Poza pracą niewiele się działo w tym tygodniu, bo miałam malarię. W poniedziałek znowu złapał mnie ten dziwny ból głowy, więc w środę zrobiłam test na malarię, który okazał się pozytywny. Wieczorem zaczęłam brać leki, ale i tak przez następne dni bolała mnie głowa i całe popołudnia po prostu spałam jak zabita. Dzisiaj wzięłam ostatnią dawkę i jest mi już znacznie lepiej, we wtorek powtórzę test, żeby się upewnić, że się wyleczyłam. Dziwna ta malaria, bo nie miałam gorączki, jedynie ból głowy i mięśni, taka trochę większa grypa. W piątek niespodziewanie do Ariwara przyjechała Mary, żeby towarzyszyć s.Carmeli, która musiała tutaj oddać samochód do naprawy. Fajnie było ją zobaczyć, poszwendałyśmy się trochę po zakonie i najbliższej okolicy. W sobotę wcześniej skończyłam pracę, żeby zdążyć na autobus i jeszcze ogarnąć trochę pokój przed wyjazdem. Podróż minęła bez żadnych problemów, s.Clementina kupiła nam wcześniej bilety. Mieliśmy złapać taksówkę spod szpitala, bo Dani w trakcie pracy wbił sobie gwóźdź w stopę i ciężko mu się chodzi, ale akurat nie było żadnej. Na szczęście po 10 minutach spaceru spotkaliśmy brata s.Kabagambe, który podwiózł nas na dworzec autobusowy. Inaczej chyba z trudem byśmy zdążyli. W Aru przywitał nas brak wody i gazu- jak miło:) Wodę niedługo udało się naprawić, ale gazu nie będzie, bo skończyła się nam butla z gazem, którą można kupić tylko w Arua. Tak że będziemy używać pieca, na którym zawsze gotuje Maman Maria. Potem zrywaliśmy z Danim awokado dla sióstr z Ariwara, bo są tam wielkim przysmakiem, a zauważyliśmy, że się skończyły. Po wieczornej mszy mieliśmy spotkanie mieszkańców Arustanu na wybory prezydenckie: na drugą kadencję został wybrany Bolingo. Potem z Danim i Mary rozmawialiśmy do nocy, ale w końcu jutro nie trzeba wcześnie wstawać.  

niedziela, 20 maja 2012

Jak my to lubimy!

Zgodnie Dani, Mary i ja stwierdziliśmy, że uwielbiamy te nasze leniwe niedziele. Mary nawet powiedziała, że to prawdopodobnie pierwsza tak leniwa niedziela w jej życiu:) Jeszcze wiele przed nią! Ja wreszcie po tygodniu dorwałam się do intenetu, Mary rozwijała swoją kreatywność w kuchni, Dani(aż strach) grał cały dzień w grę, którą sobie ściągnął: LittleFighter, ha ha! Clara i Enzo cały czas byli poza domem, więc byliśmy sami. Na lunch zjedliśmy przygotowane przez Elizę risotto. Potem grałyśmy z Mary w Mexican Train- jak wrócę do Polski koniecznie muszę znaleźć tę grę, jest strasznie wciągająca. O 15 mieliśmy spotkanie ministrów Arustanu, gdyż w przyszłą niedzielę mamy wybory nowego prezydenta. Zupełnie spontanicznie założyłyśmy z Mary nową partię: JellyVodka na cześć wczorajszych shotów, które przygotowała Mary mieszając galaretkę z wódką, coś niezwykłego. Było mnóstwo śmiechu, mamy cztery partie, teraz zaczyna się kampania wyborcza. Wieczorem poszliśmy na anorację, wszystkie siostry witały nas jakby nie było nas z miesiąc. Potem przygotowaliśmy pyszną kapustę z sosem beszamelowym i podziwialiśmy gigantyczną burzę tuż nad naszym domem.

sobota, 19 maja 2012

Ariwara- tydzień pierwszy

Ach, tydzień zleciał tak szybko! I niby nic wielkiego nie robiłam, a na bloga jakoś zawsze nie było czasu… Do Ariwara przyjechałam w poniedziałek, w pięknie pustym autobusie, który na dodatek zjawił się na czas. Siostry przywitały mnie bardzo serdecznie, spotkałam też dr Cypriana, który bardzo się ucieszył, że będę z nimi pracować. Dostałam pokój w nowej części zakonu, nieco poza główną częścią, z własną łazienką. Także warunki idealne- no, może oprócz tego, że nie ma tam światła, ale jakoś bez problemów się to znosi, dostałam taką specjalną lampę olejną, która daje całkiem dużo światła. We wtorek natomiast zaczęła się ostra praca: na oddziale mieliśmy 43 dzieciaków!!! Kosmos był straszny i utrzymywał się przez kolejne dni, dzisiaj w sobotę było nieco spokojniej. Miałam straszne szczęście, bo ranną zmianę przez cały tydzień miał Justin, a z nim pracuje się wyśmienicie. Było dużo przypadków dzieci z malarią, z anemią rzędu Hb 3-5g/dl, więc ciągle musieliśmy zlecać transfuzje. Tutaj, inaczej niż w Aru, nie jest to aż takim dużym problemem, jakoś idzie to sprawniej, ale i tak dwójce dzieci nie udało się znaleźć dawcy, mimo to mają się całkiem dobrze. Dwójka innych dzieci zmarła, bo rodzice za późno przywieźli je do szpitala i mimo transfuzji nie udało się ich uratować. Codziennie obchody tej ilości dzieci trwały 2-2,5 godziny, ciągle pracowałam z dr Bruno, dopiero dzisiaj przyszedł na obchód mój ulubiony dr Cyprian. Obchody są naprawdę męczące, bo podczas nich przepisujemy leki, badania laboratoryjne, wszystko zajmuje dużo czasu, a my wciąż stoimy, co nie podoba się za bardzo mojemu kręgosłupowi:) Ale po takim obchodzie jesteśmy strasznie z siebie dumni, że daliśmy radę! W piątek, niespodziewanie spotkałam w szpitalu Elizabeth i s.Josephine, które przyjechały do tutejszego dentysty. Mimo wszystko miło było je zobaczyć. Do zakonu wracałam koło 15-16, z wielkim lamentem sióstr, że muszę być bardzo zmęczona i że muszę natychmiast coś zjeść- one się tak o nas troszczą, to naprawdę miło, już zapomniałam jak to jest jak ktoś się tak troszczy jak moja Babcia. We wtorek dojechał Dani(znowu czekając 3 godziny na autobus- ja to mam szczęście!) i zaczęliśmy nasze popołudniowe przygody kuchenne. Razem z Suzanną przez cały tydzień obieraliśmy mango i zielone pomidory, przecieraliśmy je, smażyliśmy na konfiturę, pakowaliśmy do słoików. Efekt jest pyszny(oprócz tego, że Dani nie może jeść konfitury z mango, bo jest uczulony…), siostry mega zadowolone, a ja siedząc w kuchni przy otwartym oknie  miałam wrażenie, że jestem u Babci na wakacjach: po prostu było zupełnie nieafrykańsko, surrealistycznie. Kuchnia w zakonie jest taka swojska, gotujemy na prawdziwym piecu, w którym pali się drewnem, wszystko jest takie surowe w kształcie i ta krzątająca się wszędzie Suzanna ze swoimi powiedzonkami: bandeko, wapi, que bravissimo! Jednym słowem niezapomniana atmosfera, niepowtarzalny klimat! Poza tym posadziliśmy z Danim w „skrzynkach”(tzn. przeciętych  butelkach po oleju) truskawki i rzodkiewkę, czekamy z niecierpliwością na efekt!
Dzisiaj znowu  bez  problemu  złapaliśmy autobus do Aru. Nic się  tu nie zmieniło przez ten tydzień, a moim pokoju nawet nie było nowych niechcianych mieszkańców! Mary jest już bardziej zaaklimatyzowana, co mnie bardzo cieszy, bo szkoda mi było ją zostawiać samą z Enzo i Clarą. Teraz idziemy na mszę, bo stwierdziliśmy, że godzinna francuska wygrywa z trzygodzinną w lingala- już wystarczy!
Na kolację Clara ugotowała potrawę, którą s.Camela nauczyła się przygotowywać w Togo: ryż z sosem z pomidorów, papryki i sardynek- pychota!!!

niedziela, 13 maja 2012

Oczekiwanie

Ponieważ Dani był w Ariwara i miał wrócić w sobotę, postanowiłam poczekać na niego i w poniedziałek pojedziemy razem do Ariwara. Tak że ostatni czas płynie powoli, kończyłyśmy sprzątanie w piekarni, w sobotę po raz pierwszy od dawna znowu jedliśmy nasz chleb. Po tak intensywnej pracy w szpitalu teraz ciężko mi nic nie robić, więc z niecierpliwością czekam na poniedziałek. Dzisiaj Clara zrobiła przepyszne lody z awokado, mamy taką specjalną maszynę, jak się okazało, do robienia lodów. Pychota! Na razie z Rzymu nie przyszedł żaden komentarz na temat mojego artykułu.